Avatar
K.

Mam na imię Karolina i jestem z XX wieku. Serio. Mam to nawet zapisane... na koszulce. Jestem specjalistą w dziedzinie autosabotażu i samozwańczą mistrzynią kuchni. Najbardziej lubię patrzeć na świat z poczuciem humoru, co nie znaczy, że zawsze mi się to udaje. Kiedy upadam, to najpierw się czołgam, a dopiero potem wstaje i poprawiam koronę. Lubię doświadczać i dzielić się doświadczaniem (niekoniecznie doświadczeniem): słowem, dźwiękiem i obrazem. Gdybym była znakiem interpunkcyjnym lub symbolem, najpewniej zostałabym tyldą. A ty?

Doktorat z niewiedzy, czyli czego nauczyły mnie pierwsze tygodnie macierzyństwa

Uprzejmie donoszę, że będąc młodą matką, póki co, nie zrozumiałam, nie przekonałam się, nie przewartościowałam całego swojego życia i nie przewróciło się ono do góry nogami, jak tłumaczyli, wieszczyli, a czasem nawet grozili inni. Może jeszcze się to wszystko stanie. Czekam. I’m still standing, jak śpiewa Elton John. 

I nie śpię, bo trzymam dziecko (uf, wreszcie wystarczająco dobry powód by nie spać), oraz pełnię funkcję baru mlecznego otwartego 24h na dobę. Przeżyłam już kilka ataków mini paniki z kategorii: czy moje dziecko nie jest chore i czy oddycha, oraz zaliczyliśmy już wizytę nocną u lekarza (wszystko okazało się być „w porządku”, czymkolwiek byłby ten porządek). Mój syn jest bez wątpienia najpiękniejszym małym człowiekiem na świecie, co nie zmienia faktu, że czasem wygląda jak Ryszard Kalisz, a czasem jak Eminem (tak, robię memy ze swoim dzieckiem, nie, nie upublicznię tych memów).

Póki co, jedno mogę powiedzieć z całą pewnością: mnie, oraz pewnie większości matek po raz pierwszy oraz części matek po raz drugi i enty, należy się doktorat honorowy z niewiedzy. Albo chociaż jakiś tytuł mistrzowski… puchar… No, dyplom przynajmniej. 

Jako że ciąża trwa 9 miesięcy, a ja większość z tego okresu spędziłam na zwolnieniu to tak naprawdę miałam sporo czasu, żeby się do tych początków życia we troje przygotować. Chodziłam do szkół, na kursy i czytałam książki. Przy zderzeniu teoria vs rzeczywistość, teoria zasłużyła co najwyżej na mocne 2/10. Może i opieka nad noworodkiem nie jest to fizyka kwantowa ani wyższa matematyka, może, ale np mój mąż szybciej wylicza trajektorię lotu na Marsa niż stwierdza, czego akurat dziecko potrzebuje, ja zaś co najmniej kilka razy dziennie zastanawiam się: czy TO jest ok? 

Kilkunastodniowy młody człowiek budzi się nagle z przeraźliwym krzykiem. Zły sen (czy noworodki mają sny?), nagły ból (czego?), strach (przed czym?)? Młody człowiek chce jeść co godzinę, młody człowiek nie chce jeść, choć minęły już prawie cztery. Śpi niemal cały dzień. Niemal cały dzień nie śpi… Skąd wiadomo czy z tą kruchą, maleńką, najdroższą istotą na świecie, z tą której gotowi jesteśmy przychylić nieba, wszystko jest ok? NIEWIADOMO. Dopóki samo nie powie, to nigdy nie wiadomo. Gdzie jest granica pomiędzy czujnością i wyłapaniem pierwszych oznak dyskomfortu albo choroby, a paranoją i dzwonieniem po lekarzach 3 razy w tygodniu? Tego też nie wiem. Z pewnością jest ona cienka. I bardzo, bardzo śliska. 

Życia nie ułatwiają setki sprzecznych komunikatów docierających zewsząd każdego dnia: karm tylko piersią na żądanie, karm 8-12 razy na dobę, karm nie częściej niż co 2,5-3 godziny, może masz za mało pokarmu, może za tłusty/za chudy (moja ulubiona brednia!) dokarmiaj mieszanką, nie dokarmiaj, dopajaj w upał, nie dopajaj, kładź tylko na pleckach, kładź tylko na boczku, może się nie najada, może się przejada, nie noś, bo się przyzwyczai, noś ile tylko chce, bo potrzebuje bliskości, zakładaj czapkę, nie zakładaj czapki, pozwól dziecku spać z wami w łóżku, tylko niech nie śpi z wami w łóżku, daj mu smoczek, tylko nie podawaj smoczka… serio, można od tego zwariować, wiem, bo zdążyłam być temu bliska.

Wiadomo, że chcę dla mojego dziecka jak najlepiej, ale nie sposób się odnaleźć w często niezrozumiałych komunikatach kilkutygodniowego malucha (machanie nóżkami, płacz, kwilenie) oraz morzu zwykle nieproszonych rad, opinii oraz wyczytanych w książkach i internatach informacji.

Trzeba koniecznie powatarzać mi milion razy dziennie, że nie jestem złą matką, bo po 3 godzinach snu na dobę* w trybie: godzina, godzina, 3 razy po 20 minut, nie mam siły nosić na rękach mojego dziecka, bo nie pozwalam mu spać przy piersi cały czas (muszę też jeść, spać i chodzić do toalety), bo nie umiem go uspokić na rękach (bo przy mnie cąly czas szuka piersi, choć wcale nie jest głodny). Przy mniej niż milionie powtórzeń zaczynam mieć poważne wątpliwości. A informacja że „moje dziecko/dzieci tak nie miały” budzi lawinę myśli z kategorii: to co jest ze mną nie tak? Dlaczego? NIE WIEM!

I tak, od kilka tygodni wykonuje codzienny trening niewiedzenia. Nie jest to łatwe. Powtarzam zatem niczym He-Man: Na potęgę posępnego czerepu – mocy przybywaj! 

*Deprywacja snu – czyli jego niedobór którego konsekwencjami są zaburzenia funkcji poznawczych, rozdrażnienie i ogólny spadek sił witalnych. Zbyt mała ilość snu może być także przyczyną nadwagi, nadmiernego pobudzenia lub cukrzycy, a nawet prowadzić do śmierci w ekstremalnych przypadkach. Do innych potencjalnych skutków należy zaliczyć depresję, niską samoocenę społeczną oraz choroby nowotworowe. [Źródło: Wikipedia, https://pl.wikipedia.org/wiki/Deprywacja_snu]

# 19 Luki w edukacji, albo program nauczania NIEDOPOMYŚLENIA

Czy zastanawialiście się kiedyś czemu pewien rodzaj wiedzy lub dana informacja nigdy wcześniej do was nie trafiła? Czy macie wrażenie, że wasze życie mogłoby potoczyć się nieco inaczej, gdyby ktoś nauczył was na przykład troski o własne potrzeby? W tym odcinku alternatywny program nauczania w szkołach (i kursach dla dorosłych) i przedmioty, które niewątpliwie przydałyby się w życiu bardziej nie mniej niż wiedza o rozmnażaniu paproci lub tajemniczym życiu pantofelka.

Moja historia

Mój syn przyszedł na świat 28 maja o 12:00 i już wiem jaki majowy moment chce zatrzymać na zawsze: jego pierwszy krzyk i tę chwilę kiedy położono go na mojej piersi i brzuchu. 

Nasze ciała były zmasakrowane po ogromnie trudnym porodzie, ale oboje przez tę chwilę poczuliśmy spokój. W sali nastała cisza. A mnie i mojemu mężowi napłynęły do oczu gorące łzy.

Poród, licząc od regularnych skurczy co 5 minut i trafienia na trakt porodowy trwał 8 godzin. Miałam za mało płytek, by dostać znieczulenie. Było  trudno, trudniej niż to sobie wyobrażałam, bo prawie 3,6 kilowy chłopiec to jednak dużo jak na moją miednicę. Gdyby nie cudowna położna, która wyginała mną na prawo i lewo, otwierając mi kości krzyżowe i ogonową, gdyby nie wsparcie i pomoc mojego męża to skończyłoby się cc. Już pod koniec  chyba tylko ta położna wierzyła, że się uda, a lekarz szykował narzędzia. Ktg wykonywane chyba co 2 minuty (takie mam wrażenie), cały czas pokazywało prawidłowe tętno maluszka, dawano mi zatem kolejną szansę, lub przedłużano, ciągle tę samą, o dwie minuty.

Dwa momenty były dla mnie straszne. Pierwszy, kiedy rozwarcie było już maksymalne, ale maluch ciągle nie mógł wejść w miednicę: płakałam i mówiłam, że nie dam rady, że boje się, że nie wytrzymam i zaraz umrę. Przy skurczach opadałam w tył i w dół, podtrzymywały mnie tylko silne ręce i ramiona mojego męża. Zdjęłam z siebie koszulę i zostałam zupełnie naga. Kręcący się personel nie miał dla mnie znaczenia. Byłam ja, mój mąż i wspierająca nas położna. I moje rodzące się dziecko.

Drugi, gdy musiałam przeć: klęczałam na łóżku, głowę opierając to o piłkę, to znowu o te silne ręce i potem leżąc na prawym boku, z lewą nogą w górze, trzymaną przez męża. Nikt nie musiał mówić, że widać główkę, że jasne włoski. Czułam to i parłam z całej siły wrzeszcząc, jak sądzę, najgłośniej w historii tego szpitala, i…nie udawało się. Skurcz się kończył, brakowało mi siły, a dziecko ciągle nie było „na zewnątrz”. A potem przychodził kolejny skurcz i znowu to samo… czułam, czułam, że to nie działa, a ja staram się już najmocniej jak umiem… I że już nie umiem bardziej.

Nie wiem czy to nacięcie, które poczułam, czy kilka kropli oksytocyny, które zdążyły napłynąć w ostatniej chwili, zanim zupełnie opadnę z sił, ale udało się. I mój mały wojownik, mój mały dzielny smok jest z nami. 

A potem ten spokój, nieziemski, magiczny, kiedy ciało moje i mojego dziecka spotkały się po raz pierwszy po drugiej stronie. Jakby tego wszystkiego, bólu i 8 godzin wcale przed chwilą nie było. I oczy mojego męża pełne łez. Miłość. Wdzięczność. Ciepło. Maluszek szukający piersi i pierwsze karmienie. My troje. Dotyk i czułość. 

Po 4 dniach miałam zjazd, ewidentny spadek po oksytocynowym haju, na dodatek zabrakło mi mleka, a maluszek był głodny i płakał. I ja płakałam, czułam się bezsilna i zagubiona, a moje ciało wycieńczone i obolałe. Dzięki wsparciu męża i położnej kryzys został zażegnany w mig. Pierwszy i już wiem, że daleko nie ostatni. 

W tym samym czasie jednak nie mogę się przestać zachwycać tym. jakie mój synek ma piękne uszka… czy istnieje na świecie coś piękniejszego?  Mój syn, cały mój świat. Wyczekany, wystarany i wymarzony. Mój cud. Nasz.

W połogu skrajne emocje to norma. Tylko ja jeszcze nigdy do tej normy nie wchodziłam i ze zdziwieniem, a czasem niepokojem, przyglądam się temu co robię i czuje: duma i radość, słodkie fotki z pierwszego spaceru, duma, że ładnie rośnie, szczęście i miłość gdy patrzę na, to oczywiste, najpiękniejsze dziecko świata, spokój, gdy łapczywie ssie moją pierś, irytacja, gdy karmienie ciągnie się w nieskończoność, bezsilność i zmęczenie bo jest 5 rano a ja jeszcze nie spałam, stres, że nie zdążę zjeść zanim się obudzi, zniecierpliwienie płaczem w ramionach taty, bo MUSZĘ jeszcze zrobić siku…lęk czy wszystko jest dobrze – czy nie śpi za długo, albo za krótko, czy wystarczająco dużo je, czemu zwymiotował…a co to za krostka na twarzy… 

Zanim dziecko jest gotowe do narodzin najpierw przez 40 tygodni rośnie i rozwija się  w kobiecym ciele. Kolejne 40 dni w tym samym ciele rośnie i rozwija się matka. Pod warunkiem, że ma ku temu sprzyjające środowisko. Ja chyba mam. Muszę tylko nauczyć się jak z niego korzystać.  Z niecierpliwością wypatruje własnych narodzin w połogowym bólu i łzach.

pamiątka

Pępek. Nasza pamiątka po życiu płodowym.

Ślad niczym niezakłócalnej więzi. Pamiątka trangresji, wiecznie przypominająca, że zostaliśmy urodzeni.

A Tobie? Co zostało z pierwszych chwil na tym świecie?

ciało

Ciało nieposłuszne
pogardzane
zawodne
w najmniej oczekiwanym momencie
podstawi nogę nieogoloną
lub pachę
wieczenie niegotowe
do lata
niegotowe w ogóle
ciało do krępowania
rzeźbienia wypracowania
krzywe kanciaste okrągłe
niemiłe dla oka
w dotyku niemiłe sobie.

Ciało wspaniałe
jedyne
nie ma drugiego takiego
i nie będzie dane
skończone
w swoim zamyśle
ze wszystkimi częściami
z palcami i krawędziami
lub bez
krzywe kanciaste okrągłe
do dbania
do kochania
mądrzejsze niż
ja.

# 18 Pokłóć się na zdrowie!

Kłótnia: najgorsze co przytrafia się w relacji, czy coś co może być dla niej zbawienne? Kłótnie i sprzeczki bywają bardzo potrzebne w każdej relacji i mogą pomagać nam ją budować. Oczywiście, jeśli przestrzegamy kilku przydanych reguł. O wszystkim co może sprawić, by kłótnia wyszła nam na zdrowie. Słuchajcie i podawajcie dalej!

# 17 Niezdrowe ambicje, albo jak się nie załamać po kolejnej porażce

To, jakie mamy ambicje i skąd one się biorą wpływa na to jak przeżywamy porażki. Kiedy ambicje przestają być motorem do działania, a stają się blokadą samorozwoju? Dlaczego czasem za wszelką cenę dążymy do czegoś, co wcale nie daje nam zadowolenia i satysfakcji? Ambicje są dobre czy złe? Rozbieram na czynniki pierwsze problem ambicji i przyglądam się temu co sprawia, że z takim bólem znosimy porażki. Nie zachęcam do pokochania porażek, ale do minimalizowania spustoszenia, które czasami wywołują w naszych życiach.

List wdzięczności

Od dłuższego czasu mielę sama ze sobą temat wdzięczności. Próbuję prowadzić “dziennik wdzięczności”, specjalnie kupiłam do tego mały notes, najładniejszy jaki znalazłam, żeby swoim wyglądem zachęcał mnie do korzystania. Mimo to, nie udaje mi się codziennie zapisać choćby dwóch, trzech punktów.  Nie dlatego, że nie mam za co być wdzięczna, bo wiem (już teraz wiem!), że każdego dnia, nawet najgorszego, można znaleźć do tego powód. 

Nie korzystam jednak codziennie ze swojego pięknego dzienniczka, ponieważ… cały czas jestem zajęta czymś innym, moja codzienna uwaga nie jest skupiona na przeżywaniu pozytywnych, przyjemnych i radosnych momentów, ale na liście zadań do zrobienia, ewentualnie na tym co akurat poszło nie tak: to kawa się skończyła, to poplamiłam ulubioną bluzkę przy śniadaniu, ot proza życia. Nie ma w tym nic specjalnie dziwnego, tak działa nasz mózg, który przez miliony lat wykształcił taki mechanizm po to, by odpowiednio szybko reagować na coś negatywnego (i tym samym nas chronić).  Poza tym mój wewnętrzny krytyk pilnuje, abym była zajęta różnymi ważnymi (i poważnymi!) sprawami, a według niego, mam wrażenie, wdzięczność do kanonu spraw ważnych i poważnych nie należy. 

W kontekście mojej praktyki wdzięczności sprowadza się to jednak to tego, że nie mogę jej praktykować i cieszyć się na przykład pyszną kolacją, bo muszę myśleć o tym, że zaraz po jedzeniu trzeba poskładać pranie, które już trzy dni wisi na suszarce w korytarzu i mnie to denerwuje, albo zamartwiać się czymś, co będzie za 3 tygodnie. Sami rozumiecie. Takie priorytety w życiu. Cały ambaras polega na tym, że jak się z takimi priorytetami rosło ileś tam naście-dziesiąt lat to ogromnie trudno się teraz przestawić. Wszystkie moje życiowo-poglądowe update’y i upgrade’y nie wchodzą tak łatwo jak na Windowsie, muszę się przy nich naprawdę pomęczyć i ostro nieraz pogrzebać w wewnętrznym kodzie, przy czym non-stop wyskakują errory, łącznie z 404. Przeprogramowywanie samego siebie jest, jak sądze, trudniejsze niż planowanie trajektorii lotu na Marsa, tym bardziej, że nad lotem pracują dziesiątki-setki specjalistów, a nad moim rozwojem ja sama, samouk-amator. 

Niemniej jednak mielę, przemielam i zmielam wdzięczność w poprzek i wzdłuż, przy okazji wyrabiając w sobie nawyki uważności na swoje własne potrzeby i świat wokół. To, że zaczęłam różne rzeczy zauważać i odkrywać na nowo, to krok milowy w całej mojej dotyczasowej drodze i mój osobisty mały sukces. Widzę, teraz wystarczy tylko widzianemu nadać odpowiednie znaczenie, wagę i miejsce. Tymczasem tym widzianym, a przynajmniej od czasu do czasu zauważanym dzielę się z wami.

10 kategorii, w których warto szukać powodów do wdzięczności

  1. Otaczający nas świat: pogodę, powietrze, kwiaty za oknem, śmieszą scenę widzianą z okna tramwaju. 

Ewidentnie preferuję alternatywne źródła energii, bo działam na baterie słoneczne, ale też wodne i świeżo-powietrzne. Doceniam te momenty, kiedy mogę wystawiać nos i kończyny do ciepełka (a nie muszę chronić się przed zimnym deszczem i wiatrem), przespacerować się po okolicy oddychając pełną piersią (a nie maseczką antysmogową), albo posłuchać szumu rzeki lub morza, który zawsze działa na mnie kojąco i cieszyć wzrok jaskrawymi barwami kwiatów oraz podziwiać ich miernie tkaną konstrukcję. Jeśli jednak zjawiska przyrody ani was specjalnie nie grzeją ani nie cieszą, to na szczęście na nich świat wokół się nie kończy. Na ulicy, w tramwaju, w witrynie sklepowej i na ścianie budynku możemy dostrzec coś, co uczyni nasz dzień lepszym: rozbawi, zainspiruje, da do myślenia. Czy nie warto temu poświęcić chwili uznania?

  1. Możliwości naszego ciała

Paradoksalnie zaczęłam je doceniać i zauważać w momentach skrajnej niemocy i wtedy kiedy tych możliwości było najmniej. Kiedy wszystko boli, wcale nie można się ruszyć lub ciężko podnieść się z łóżka, to najdrobniejszy gest staje się wyczynem, a w głowie pojawia się myśl: wow, udało mi się dziś podnieść i nawet założyłam skarpetki!  I super się z tego wyczynu cieszę, jakby to było przebiegnięcie maratonu (co jest wg mnie wyznacznikiem ogromnych możliwości). Możliwości naszego ciała traktujemy jak pewniak i nie mówimy sobie: dziękuję Ci ciało, że przytaszczyłoś te wielkie torby z biedry, że dobiegłoś do tramwaju, że przesiedziałoś na tyłku 10 godzinę w pracy i dajesz radę. Chcemy ze swoimi ciałami robić niesamowite rzeczy, rzeźbić je dowolnie i kształtować. A czy nasze ciało jest nam dane jak glina, tworzywo, z którego mamy coś lepić, zmieniać, udoskonalać, dostosowywać? A może nasze ciała od początku są “gotowe” i nie musimy już nic z nimi robić. Może wystarczy je kochać i doceniać, choćby sprawne  nadgarstki i palce, bez których nie klikałabym tego tekstu.

  1. Możliwości naszego umysłu

Podobnie jak z ciałem, zaczęłam je doceniać w chwili, w której o wzbijaniu się na intelektualne szczyty mogłabym tylko pomarzyć. Zamiast ganić się za jedną rzecz, o której zapomniałam, zobaczyłam też 5 innych, o których udało mi się pamiętać. I chociaż pewnie nie dostałabym się do Mensy, nie umiem programować ani szybko liczyć, to wiem, że są informacje, które chwytam w locie, problemy, które z łatwością rozbieram na czynniki pierwsze, sprawy, które opisuje z lekkością ptaka sunącego prosto w chmury. Widzę, że składam słowa z liter, a ze słów dłuższe teksty i często przychodzi mi to z łatwością. Nadal jednak nie umiem sobie powiedzieć, że nie każdy tak ma i mojemu mózgowi/neuronom/połączeniom pomiędzy nimi nie skrobnęłam dotąd żadnej, choćby najdrobniejszej dziękczynnej litanii. A ty? Co potrafią Twoje neurony? Czy zasługują czasem na brawa?

  1. Życiowe okoliczności 

Kiedy ostatnio zepsuło się nam auto, byłam tym strasznie zdemotywowana, zła i narzekająca. No niefart. I w zepsutym aucie nie ma nic przyjemnego i radosnego, ale nie pomyślałam: uf, jakie to szczęście, że stać nas na naprawę w danym momencie i że akurat mechanik ma czas. Nawet w najbardziej pechowej i patowej sytuacji czasem składa się tak, że wyjście z dołka nie sprawia nam większego trudu. Tylko, czy my dostrzegamy to, że nie było tak trudno, czy może skupiamy się na tym, że wpadliśmy w dołek? Raczej, że to drugie. Stawiam swój świat do góry nogami i próbuje go odczarować. Spisuję listę dobrych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w życiu, zbiegów okoliczności, przypadków, celowych działań, które się powiodły i nie próbuje ich falsyfikować: mam własny kąt, względną stabilność finansową, mam rodzinę, na której często mogę polegać, skończyłam studia, które chciałam… Jednym z punktów na mojej liście jest poznanie mojego męża (do czego przyczyniło się co najmniej kilka “okoliczności”, w tym sytuacja polityczna na świecie;)). I w pierwszej chwili mój tok myślenia przebiega tak: no tak tak, to szczęście, ale (włącza mi się nieustanne ALE) związki są przecież trudne. Uczę się nowych torów dla moich myśli: Poznałam mojego męża. Czy to szczęście i warto być za to wdzięcznym? Tak. I stawiam kropkę. 

  1. Nasze zalety i to jak z nich korzystamy

Z zaletami mam podobnie jak z tymi dobrymi okolicznościami w życiu. Wiadomo, że jakieś są… ALE. Jakieś nie takie. Mało praktyczne. Poproszę o inny zestaw. To wieczne “ale” i umniejszanie swoim zaletom i dokonaniom to też często nasz porządek dzienny. Mówimy, że jakoś wyszło, udało się, trafiło (ślepej kurze ziarno, w domyśle), zamiast: tak, ja tego dokonałam/dokonałem dzięki swoim umiejętnościom: dociekliwości, pracowitości, umiejętności analizy/syntezy, poczuciu humoru… Korzystamy z naszego repertuaru codziennie i to dzięki niemu radzimy sobie z światem. Wdzięczność samemu sobie za posiadane zasoby to podstawa miłości własnej.

  1. Bliskie osoby

Każdy z nas, o ile nie mieszka aktualnie na bezludnej wyspie, ma wokół siebie przynajmniej jedną bliską osobę, na której wsparcie może liczyć w trudnej sytuacji. Nie musimy się jednak znaleźć w środku dramatycznej sceny, żeby tę bliską osobę zauważyć i docenić. Że jest lub są. Że możemy z nimi czasem porozmawiać, spędzić czas, zrobić coś fajnego, że mamy czyj numer wpisać w połączenia SOS w naszym telefonie. 

  1. Miłe i życzliwe gesty

Życzenie miłego dnia przed panią ekspedientkę z żabki, porozumiewawcze spojrzenie z osobami w długiej kolejce, pomoc sąsiada z wniesieniem zakupów, zrobienie miejsca w autobusie, przyniesienie kawy przez koleżankę z pracy. Setki drobnych czynności wykonanych przez otaczających nas ludzi, sprawiają, że nasz dzień albo chociaż dany moment jest lepszy. Celebrujmy wdzięczność, za to co wnieśli do naszego życia choćby przypadkowo napotkani ludzie.

  1. Dobre wiadomości

To mogą być wiadomości dobre i radosne dla nas osobiście: pozytywna decyzja z banku/urzędu, dobre wyniki badań, albo dotyczące ludzi z którymi się stykamy: członka rodziny czy znajomych. Czy cudza radość nie smakuje tak samo dobrze jak nasza własna? Dobre nowiny mogą także wpłynąć ze świata mediów: rozwikłanie ważnej zagadki naukowej, posadzenie nowego lasu, wprowadzenie nowego skutecznego leku przeciwko jakiejś chorobie. Jeśli mamy wrażenie, że dany dzień to “czarny piątek” nawet jeśli jest wtorek, to zastanówmy się albo sprawdźmy: czy na pewno nic dobrego się dziś nie wydarzyło?

  1. Drobne przyjemności

Kolejna grupa drobiazgów, która w najbardziej ponury dzień wprowadzi promyk słońca. Jeśli żadne miłe wydarzenie, za jakie można okazać wdzięczność mnie dziś nie spotkało, to może doświadczyłam czegoś co sprawiło mi chwilową przyjemność? Mnie, nieposkromionym łasuchowi, najpierw przychodzi na myśl… jedzenie. Zanurzenie nie tylko swoich kubków smakowych, ale też myśli w ulubionym daniu czy kawałku ciasta, odczuwanie kropli wody na naszej skórze i zapachu ulubionego olejku w nozdrzach, ulubiona piosenka, film, poranna kawa, wycieczka do muzeum. Doznania zmysłowe i estetyczne to coś co wcale nie jest dane każdemu, a to, że mamy możliwość ich odbioru jest bardzo cenne.

  1. Czas

Najbardziej abstrakcyjny element na mojej liście. Coś zupełnie niezależnego od nas, co jest nam dane raz na zawsze. Ciągle powtarzamy: nie mam czasu. To jednak nieprawda! Mamy, nikt nam go nie zabiera, a my sami nim zarządzamy I choć nie w 100% decydujemy na co go przeznaczamy i w jakim zakresie (bo przecież w większości wypadków musimy chodzić do pracy i zapewnić sobie/rodzinie środki na utrzymanie), to tak naprawdę wiele zależy od naszych wyborów. Możemy go spędzać nieefektywnie, możemy nawet marnować i nikt tego nam nie zabroni. Możemy też z niego dobrze korzystać.

Podobno wdzięczność to droga na skróty do częstszego odczuwania szczęścia. Jest to szczęście bez stawiania warunków typu: będę szczęśliwa tylko jeśli/dopiero wtedy, gdy zbuduję dom, dostanę nową pracę, kupię tę lub tamtą rzecz. To droga do szczęścia tu i teraz. Prócz praktykowania wdzięczności własnej, pomóżmy w tym także innym i okazujmy naszą wdzięczność ludziom wokół. Dziękujmy ekspedientce za szybką obsługę, konsultantowi za miłą i rzeczową rozmowę, urzędnikowi za wyjaśnienie i załatwioną sprawę. To, co nic nie kosztuje bywa cenniejsze niż najdroższe waluty świata.

# 16 Lęk i inne potwory

Natłok negatywnych myśli, uczucie duszności, zawroty głowy, łomotanie serca, zimny pot… Znasz to? Dzisiaj mówię o tym, skąd się bierze lęk, co może za nim stać i jak sobie pomóc, gdy dopadną nas lękowe wizje, panika lub atak fobii.
Słuchajcie i podawajcie dalej.
Piszcie też na Instagramie @niedopowiedzenia.insta